Ławeczki…

Autor wpisu  Krzysztof Myjkowski   kategoria       Wrzesień 16, 2015  

Rekordy powodzenia bije serial „Ranczo”. Teleprogramy zaliczają go do twórczości komediowej.

I zapewne tak jest. Decydują o tym zabawne dialogi i charakterystyczni aktorzy. Przede wszystkim jednak – dosłownie podpatrzona codzienność polska. Nasza. Bogoojczyźniani upierdliwcy zapewne będą upierać się, że przy tym lekko krzywozwierciadlana i w ogóle prowincjonalna. Może…

Jeśli ktoś zaczął podejrzewać, że to wstęp do felietonu antyklerykalnego, to się grubo pomylił. Bo nie będzie o zachwytach nad sobą sporej gromadki artystów, udających biskupów i proboszczów. Będzie o ławeczce przed sklepem. O serialowych kreacjach kilku panów, których nie wypada określić menelami. Głównie jednak dlatego, że wśród nich na ławeczce zasiada Franciszek Pieczka. Wiadomo: człowiek niemalże instytucja,  powszechnie lubiany, uznany autorytet i wzorzec cnót wszelakich. Wręcz nieskazitelny, mimo, że podejrzany o dobrowolną przyjaźń z towarzyszem Szarikiem. Byle jakiej roli na pewno by nie wziął.

Panowie z ławeczki, jak całej Polsce wiadomo, odgrywają takich, co to nie przez bibułkę, ale tymi ręcami. Moczymordów, ale otwarte dusze. Obiboków, ale szczerych katolików. Ani złych ani dobrych. Ani mądrych ani głupich. Zwyczajnych. Od rana do wieczora nie nudzą się, bo mają co robić. Piją. Zwyczajnie. Plebania na lewo, szkoła na prawo, przystanek wizawi, robota nie zając.

W serialu występują też miejscowi policjanci. Zrozumiały jest ich pełen szacunku stosunek do kapłanów Kościoła katolickiego. Podobnie jak ich niechęć do przysparzanie sobie dodatkowej pracy. Potem tylko te raporty, wzrost przypadków łamania prawa, reprymendy i odwlekający się awans. Bystrzy autorzy scenariusza nie mogli tego nie zauważyć i nie przenieść na plan. Bez dobrego proboszcza i głupiego gliniarza trudno o popularny serial TV, tasiemcowy zwłaszcza.

A co z fikcją, bez której też nie ma sztuki? Jest i fikcja. Wszak to całkowicie niemożliwe, aby w realu, przez kilka lat oglądania pijaczków okupujących ławeczkę sprzed sklepem, nikt nie zauważył, że ten ich sposób na życie jest – mimo wszystko – kpiną z prawa. W realu, oczywiście, dawno by im popędzono kota. Jeśli nie upomnieniami władzy świeckiej i duchownej, to grzywnami zamienianymi na areszt. W duchu wychowania w trzeźwości, zgodnie z obowiązującym zakazem  spożywania w miejscu publicznym i tak dalej…

Rzecz jasna, są też wyjątki. Na przykład, z Czarlina. To miejscowość ze stacją PKP na trasie Gdańsk – Bydgoszcz. Tam wprawdzie władze wyrzuciły pijaczków z ławeczki przed sklepem, ale przymknęły oko, że i ławeczka wywędrowała kilkadziesiat metrów dalej. Tuż za peron kolejki elektrycznej. Piwo trzeba było donosić, ale oficjalnie ławeczki nie było. Przez kolejnych kilka lat rzekomo nie dostrzegali jej ani policjanci, ani sokiści, ani toromistrze, ani nawet mieszkańcy, dojeżdżający codziennie do pracy w Gdańsku i innych miastach. Taką niewiedzą będą tłumaczyć się także lokalni dygnitarze samorządowi.

Skoro Franciszek „Gustlik” Pieczka z telewizją uszlachetnili obyczaj żłopania „Mamrotów” czy piwska pod chmurką, to czego teraz chcieć? Aktorom na to pozwolono, to co, inni gorsi? Wprawdzie na ekranie Pieczka z kumplami nie spadają pod ławke, nie żygają na chodnik, nie obrzucają kamlotami  pociagów, a mięchem przechodniów, nie wyłudzają od kobiet kasy na kolejne flaszki, ale nie musi to oznaczać, że tego nie robią poza planem. Wiadomo, że te artysty to niezłe alkoholiki i narkomany. I jakie obłudniki: raz w komedii, raz w horrorze, kto lepiej zapłaci.

Ci spod Czarlina postanowili browarom i „Mamrotom” dodać pikanterii. A co! Półgłowek waletujący w komórce za ogrodzeniem dawnego burdelu spiera się z nigdy nie trzeźwiejącym degeneratem z porządnej rodziny gospodarzy, kto był pierwszy. Staje na tym, ze pierwszy był Jasio. Ale i Stasia w tym zasługa, bo poleciał po łańcuch. Pies sam przylazł z pobliskich zabudowań. Znał wszystkich, to dał się złapać i nie gryzł, choć by potrafił! Głupi zwierzak. Jak go krępowali najpierw sznurem, jeszcze myślał, że to zabawa. Lizał ich i merdał ogonem. Dopiero jak kładli go na torach i wiązali łańcuchem, zaczał się bać i rozpaczliwie skowyczeć. Wszyscy zrywali boki, ale nie za długo, bo nadchodził pospieszny z Poznania. Nawet nie przyhamował…

Po mniej więcej sześciu latach, w roku 2015, w pobliżu stacji Czarlin, pociąg śmiertelnie potrącił pieszego. Policja była zmuszona dokładniej przeczesać teren, aby wykluczyć prawdopodobieństwo zabójstwa. Pieszy zginął przez własną nieuwagę. Zabójstwo jednak również odkryto. Nawet wielokrotne. W pobliżu torów, tuż przy peronie stacji PKP Czarlin, znaleziono co najmniej pięć rozczłonkowanych szkieletów psów i fragmenty okrwawionych łancuchów…

Przez sześć minionych lat na ławeczce w Czarlinie zasiadało setki osób. Jeśli nie dla opróżnienia paru flaszek, to w oczekiwaniu na pociąg. Większość znała i zna się doskonale i wie o sobie wszystko. Także o swoim inwentarzu. Psy najprawdopodobniej pochodziły z pobliskich siedzib. Ludzkich. Ci ludzie powiadają, że nigdy nie zwrócili uwagi na leżące przy torach zwierzęce zwłoki, ani na krew na szynach i podkładach. Szkielety widzieli, ale myśleli, że wypadły z wagonów jadących do zakładu utulizacji.

Wójt nie czuje się winny. Bo niby dlaczego jeszcze psów miałby pilnować? Tych pijaczków przecież wyrzucono spod sklepu. Ławeczkę potem sami sobie przenieśli. Nawet chciał ją zabrać z powrotem. Przekonywano go jednak, że i obok przystanku się przyda. Przecież jeśli nawet tam popijali, to nie raziło to tak bardzo, jak przed sklepem. Skąd mógł przypuszczać, że od popijania pod chmurką do okrucieństwa taka bliska droga?

Czarlina czar.

O autorze