Autor wpisu  Krzysztof Myjkowski   kategoria       Październik 12, 2015  

No, i zaczęło się!

Jak Przenajświętsza ichnia czy nasza, wszędzie słychać niecierpliwe przebieranie setek stóp. Stóp używanych w gromadzącym się – jak na widok grubasa przejechanego przez walec – zbiegowisku kolejnych pretendentów. Pretendentów do objęcia najintratniejszych posad w Rzeczpospolitej.  

Już pierwsze szacunki wskazują, że padnie nowy rekord. Jeszcze nigdy tak wielu nie miało chrapki na tak niewielką ilość stanowisk. No, bo cóż to jest te kilkaset poselskich foteli na apetyty prawie 40-milionowego narodu!

Nie wszyscy z nich są dziewiczy i nieprzeżarci.  Nie tylko w sensie dosłownym, ale i publicznym. Są bowiem i starzy znajomi.  A wśród nich pan poseł Jasio. Od dwudziestu lat należy on do absolutnych  rekordzistów w zabieraniu głosu na mównicy.

Jest zarazem chyba jedynym, któremu naprawdę powinienem dziękować. Może nie tyle za sam rekord, co za proste i łatwe do zapamiętania treści owych erupcji Jasiowego intelektu. Cała tajemnica tego sukcesu tkwi w powtarzalności. Artykułowanej zwykle na zakończenie kolejnej sesji.

Otóż w jego wystąpieniach wieńczących dzieło innych przeważają… życzenia dla koleżanek i kolegów parlamentarzystów oraz dla reszty rodaków. A to z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, a to Dnia Kobiet, a to Wielkanocy, a to rocznicy urodzin Wielkiego Polaka. Pretekst  zawsze się znajdzie nie tylko w tej jednej mądrej głowie. Dziękuję, Jaśku, za najszczersze życzenia!

Mimo wszystko, skąd ta dwudziestoletnia odsiadka na Wiejskiej? – słusznie ktoś zapyta.

Jasio w swoich rodzinnych stronach ma dwa przezwiska: Mucha Plujka i Hiena. Po pierwsze dlatego, że – opluwany – udaje, że to deszcz pada. Po drugie – ma cmentarne szczęście. Nie wybrany w kolejnych wyborach, co rusz korzysta na śmierci partyjnego kolegi i z dalszych miejsc wślizguje się do sejmu na jego miejsce.

To stare fakty. Najnowszy, mimo wszystko (wybory niebawem!), zadziwił sąsiadów. Bo Jasio słynny jest także ze skąpstwa. A tu naraz uruchomił w swoich stronach kilka biur poselskich  jednocześnie. Wszystkie w centralnych  punktach, najwyraźniej nie licząc się z wysokim czynszem, pod hektarowymi bilbordami z uszlachetnionym obliczem własnym, w pełnym kolorze i z glancem.

Jak trwoga, to nie czuć bólu? Niekoniecznie. Przekonali się o tym pierwsi naiwni, którzy ruszyli do biur ze swoimi problemami. Okazało się, że we wszystkich dyżury pana posła wyznaczono na te same dni i te same godziny, a żaden termin nie był prawdziwy. Jasko ryzykant? Też nie całkiem, bo samorządy przewidziały spore zniżki za prezentowane reklamy bisujących królów przedwyborczych obiecanek. Czyli zysk jednak.

Ci całkiem nowi liczą głównie na swoich znajomych. Ale co zrobić, jak miłej sąsiadce raptem coś odbije, zechce kandydować i poprosi o umieszczenie na naszym płocie jej  baneru z błędami ortograficznymi? Brak u niej matury dotąd nam wcale nie przeszkadzał, ale skoro zapowiada, że jako wybrana, cytuję: „na sejm” zajmie się, cytuję: „nauką i ośfiatą”?

Nie ona jedna. Już wyrywkowa lektura kolejnych sylwetek powala. Dlaczego kandyduję? – publicznie zapytują się i szczerze sobie wyjaśniają:

„Bo Polsce są potrzebni odpowiedni ludzie” – tłumaczy Staś A., znający słabo rosyjski i niemiecki. Nie wiadomo, czy coś jeszcze. „Bo jestem naukowcem i mam doktorat” – chwali się Marcin K. Więc jest mądry, a takich nam trzeba. Ba, ma on nawet „kilka publikacji popularno – naukowych o zasięgu międzynarodowym” (cokolwiek to znaczy, niezależnie od tematyki, bo ta pozostaje nieznana). „Bo chyba bym lubił nadal być posłem” – to wyznanie Jasia K. („Raczej nieźle rosyjski, bo angielski już słabo”. Poza tym „mam silną rekomendacje mojej partii” – przemilczmy, której). „Ponieważ byłem uczestnikiem X Mistrzostw Tańca i grywałem w tenis ziemny w klubie Arkadiusza Górskiego” – wyjaśnia Radek S. ze Świecia (tam słynny szpital psychiatryczny). „Bo chcę walczyć o Lepsze Jutro” – zapewnia „ostatni na liście numer 21” Krzysio U. Nic to jednak, bo jest „po kursie Fundacji Wolności”, który znakomicie „przygotował mnie do działań na rzecz dobra wspólnego”.  Jako historyk poza tym „coraz częściej dostrzega potrzebę zmian w prawie”. I w ogóle pragnie, aby „innym się chciało chcieć, jak czasem mi się nie chce”.

To wszystko powyżej, to nie licentia poetica. To fakty. Słowo nieszczęśliwego wyborcy! Panie Radku K, tak na wszelki wypadek, czy są tam jeszcze wolne miejsca?

O autorze