Śmierć w mleczku waniliowym

Autor wpisu  Krzysztof Myjkowski   kategoria       Październik 19, 2015  

Na początku były pieniądze. Z Unii. Kto potrzebował, bo miał pomysł, ten pisał projekt. Doklejał załączniki, argumentacje i uzasadnienia, i składał go. Każdy liczył na dofinansowanie.

W pierwszym pięcioleciu XXI wieku, na milionową aglomerację gdańską przewidziano 2 (słownie: dwa) etaty dla urzędników przyjmujących indywidualne projekty. Projekty pretendujące do unijnej kasy na finansowanie między innymi Kapitału Ludzkiego. Bardziej po ludzku: na inwestowanie w człowieka; wszak on ci to jest ”najcenniejszym elementem zasobów przedsiębiorstwa”. Niezależnie od rozmiarów i branży.

Dobrze uzasadnione nadzieje się spełniały. To i owo było za co podnosić, w tym kwalifikacje.

Etaty urzędnicze przypisano do dwóch pokoików w bocznym gmachu Urzędu Marszałkowskiego. W jednym zasiadali oni, drugi – dłuższy czas zapełniony materiałami biurowymi – czekał na kierownika.

Ale nie doczekał się. Bo zanim znaleziono odpowiedniego kandydata, tą skromną funkcję kierowniczą postanowiono zastąpić dyrektorem. Jedynie słuszni bardzo szybko zorientowali się, że jak w każdej branży, gdzie przyznaje się komuś pieniądze, i w tej samemu też można nachapać. Wiadomo: straszliwa odpowiedzialność musi być odpowiednio rekompensowana.

Kęsek był przy tym szczególnie smakowity, skoro i bez dyrektora szło całkiem nieźle. Województwo pomorskie stawiano za wzór racjonalnego wykorzystania środków unijnych. Korzystali beneficjenci (na których szła kasa), projektodawcy (boć to splendor i bogatszy majątek intelektualny i trwały). Korzystali projektanci i realizatorzy projektu (całkiem przyzwoite honoraria). Korzystali też urzędnicy (etaty!), bo to i pieczątkę trzeba było przystawiać, i kontrolować, czy aby kasę teren wydatkowywał zgodnie z projektem.

Robota miód, stąd i naciski na jej rozmnożenie. Może nie tyle roboty, co okołoroboty.

No, i namnożyło się! Tak gwałtownie, że nawet ciemna masa indywidualnych projektodawców bardzo szybko zajarzyła, do czego to zmierza. Przygotowania i gotowość do sprawozdawczości dla rozrastającego się aparatu urzędniczych kontroli pochłaniać poczęły więcej energii, niż samo projektowanie i realizacja projektów.

Nie bardzo to pasowało kontrolerom kontrolującym kontrolerów na kontrolach pokontrolnych. Opanowali się? Na swój sposób. Niebawem koledzy urzędnicy z Brukseli zgodzili się, że koledzy urzędnicy z Polski będą mogli nie tylko kontrolować, ale też projektować i zarządzać. Zawczasu wyznaczając, odpowiadającą im tematykę kolejnych projektów. Dali wiarę, że polscy beneficjenci zechcą zadowolić się tym, co im skapnie bez konieczności ruszania palcem. Jakiekolwiek niezadowolenie można będzie traktowane jako skrajną niewdzięczność.

I tak oto, dzięki Unii Europejskiej, zaczęła sprawdzać się idea perpetuum mobile. Wystarczyło dojść do wniosku, że beneficjent jest złem koniecznym, a czas niezbędny do ustalenia, czego mu potrzeba – czasem zmarnowanym. Przecież urzędnicy sami wiedzą najlepiej. Ażeby to potwierdzić (procedura unijna) należało tylko zamówić naukowe opracowanie. Najlepiej u nie śmierdzących groszem asystentów na uczelniach. Unia i na to przewidziała niezłą kasę. Z takimi „naukowymi” kwitami, już bez bożej pomocy projektowali, sami te projekty sobie zatwierdzali, przyznawali pieniądze, wyznaczali się na zarządzających, a kolegów na kontrolerów.

Rok 2015 miał być apogeum. Indywidualnych projektantów praktycznie odcięto od europejskiego źródła finansowania ich racjonalnych potrzeb. Urzędnicy – projektanci szaleli. Projekt wyprzedzał projekt. Ale pod koniec roku coś się zaczęło sypać. Ogłoszone latem tematy projektów przełożono na rok 2016. Jednak niewdzięczność!?

Wydaje się, że urzędnicy przegapili moment, kiedy to beneficjenci czuć się zaczęli jak malcy wrzucenie do beczki z ulubionym niegdyś mleczkiem waniliowym. Ile można? W dodatku bez możliwości puszczenia pawia?

Na przykład, tak to wygląda w przypadku znanego zespołu szkół rolniczych na Kociewiu. To szkoła publiczna. Zależna bez reszty, formalnie i finansowo, od humorów urzędniczych: minister, marszałek, wojewoda, kuratorium, delegatury, wizytatorzy. Kiedy odebrano pierwszy telefon z góry, że wybrano ich na beneficjentów, byli dumni i szczęśliwi. Ale kiedy po roku, ich uczniowie musieli zgodzić się za beneficjentów już siódmego, równoległego projektu, odechciało się nawet śmiać. Gdyby bowiem, uczciwie rzecz traktując, każdy z uczniów rzeczywiście miał uczestniczyć w zaprojektowanych zajęciach dodatkowych, doba ich aktywności musiałaby liczyć 72 godziny. Nie licząc czasu potrzebnego na realizację programu nauczania.

Była 16.30. Uczniowie trzecich klas technikum agrotechnicznego pozostali po lekcjach, by odfajkować swoje powinności beneficjentów. Przerwał im dyrektor. Poprosił, aby pomogli mu w rozładunku trzech wielkich kontenerów. Pełnych szkolnych mebli. Przysłanych w ramach realizowanego, kolejnego projektu urzędników z województwa. Na szczęście – szkoła miała obszerne piwnice. Na nieszczęście – już prawie pod sufit zapełnione nowymi meblami, przysłanymi w ramach wcześniej realizowanych projektów urzędników z województwa.

Dyrektor nie mógł nie przyjąć, ani nie cieszyć się. To szkoła publiczna. Zależna…

Wkrótce rok 2016. Opóźnienia w rozdziale pieniędzy unijnych zapewne zostaną wykorzystane na aktualizację wiedzy, jak znaleźć i uszczęśliwić kolejnych beneficjentów. Oczywiście, według wyobrażeń szczęścia na miarę urzędników.

Jacques Lucien Delors, francuski ojciec ekonomicznej integracji Europy, zapytywał i wyjaśniał:

„Kto może wydoić krowę? Wiadomo, gospodarz. Ale jak ma ich dużo? Wtedy zatrudnia dojarki. Sam tylko patrzy im na ręce. Czy czyste. Oczywiście, po wcześniejszym, wnikliwym wejrzeniu w ich dusze. A kto może doić Europę? I tu bez dojarek ani rusz”.

A kto dokonuje wglądu w dusze urzędników dojących Europę?

O autorze