Autor wpisu  Krzysztof Myjkowski   kategoria       Październik 26, 2015  

Jeżeli jest stolica, to historia jest stołeczna? Powiedzmy. Ale dlaczego nie stoliczna?

To nie problem dla językoznawcy. Raczej dla bezpretensjonalnych filozofów. Takich, którym nazwa ruskiej stolicy Moskwa od razu skojarzy się z moskiewską berberuchą o nazwie „Stoliczna”. A przymiotnik „stoliczna” – z najtrafniejszym określeniem historii najnowszej jeszcze jednej polskiej miejscowości, okrzykniętej ostatnio kolejną stolicą Polski. Historii raczej „stolicznej”, niźli „stołecznej” właśnie.

Będzie zatem o stolicznej historii pewnego nie bardzo podłego miasta, opisywanego ostatnio jako polska stolica działkowiczów. Publicznego namaszczenia tegoż dokonała, osobistą wizytą tamże, na centralnych obchodach, pewna pani. Pani premier.

Zachwytom i relacjom, a nawet dysputom na żywo i w mediach nie było końca. W różnych kontekstach. W politycznym i światopoglądowym również.

Taka dynia, na przykład. Ksiądz miał wątpliwości, czy kropić i te bezwstydne baniaki. Wolałby marchewki czy jabłuszka. Dynie bowiem, jak zasugerował, mogą być narzędziem szatana. Groźnym w dodatku. Bo to, z jednej strony, z dyni robi się zacierkę na mleku i z kluseczkami. Mdłą raczej, a zatem nie sprzyjającą pikanym zamiarom, myślom i uczynkom, pozornie niewinną, wręcz świętą.

Z drugiej, to samo warzywo służy heretyckim praktykom, jawnie zagrażającym katolickiej  tradycji. Ponieważ związanym z halloweenem. Świętem sprzyjającym obcowaniu z duchami o niejasnym pochodzeniu i podejrzanych zadaniach. A jak, zamartwiał się kapłan, pojawią się na tym świecie, by wysługiwać się ciemnym mocom? Pochwalił przy okazji media, które z dyniami, z tego powodu, wolą nie mieć do czynienia.

Pani premier umyła ręce od oficjalnego rozstrzygnięcia tych wątpliwości.

Z przyjemnością natomiast przeglądała fotosy ogródków – wyróżnianych od lat. I mogących świecić przykładem. Nam, Polakom.

Jeden z nich leży nad Wisłą. Od wschodu dzielą go od królowej polskich rzek soczyste i szerokie łąki. Tak piękne, oczywiście, że ustanowiono na nich obszar krajobrazu chronionego.

Od północy wyrósł, posadzony niegdyś tymi ręcami dzieci, uczniów i wolontariouszy, szeroki pas lasu. Plan zalesienia nie przeszkadzał działkowiczom. Przyglądali się jego realizacji z przyjazną akceptacją. Dali się bowiem przekonać, że ich także będzie on chronił przed przykrymi woniami z pobliskiej oczyszczalni ścieków.

Od południa i zachodu też coś się znajduje, ale mniejsza z tym. Jakieś domki i obywatele nie zasługujący na specjalną uwagę. Przecież nie docenią, chamy, działkowej stoliczności swojego miasta. Bo, aby sadzić i podlewać nie muszą dojeżdzać z blokowisk. Wystarczy, że wyjdą przed dom, pawlaki jedne. Buraki niepoświęcone! Tylko jątrzyć potrafią. Teraz, mając premiera w zanadrzu, to się im ukróci.

Kto z nich będzie miał teraz odwage wypominać członkom silnej grupy stolicznej, że śmieci wywożą na łąki? A gdzie mają wywozić? Na przykład, te stery gruzu po modernizacji altanek? Albo nadbutwiałe meble? Albo tony wyciętych krzaków i wypielonego zielska? Do bloków, gdzie nie ma pojemników na takie odpady?

Kto im teraz podskoczy, że wycinają dolne gałęzie drzew w lesie ochronnym? A jak mają parkować swoje autka pomiędzy drzewami? Nie zważając na możliwość zadrapania karoserii?

Poza tym, jak czasem wykopią tam dołek pod silnikiem, ażeby spuścić przepracowany olej, to od razu go potem zasypią. Nie od razu tylko wtedy, kiedy pozostanie jeszcze trochę wolnego miejsca. Ot, na stare ramy okienne, potłuczone szyby czy bezzwrotne flaszki. Wtedy, jak sarna jakaś czy inny głupi zając wpadnie czasem do takiego dołu, to czyja to wina? Leśna strefa ochronna, to przecież nie zoo.

A w ogóle te zwierzaki wokoło i wewnątrz działek, to kolejne świństwo. Trzeba tępić. Zwłaszcza koty. Zadomowiły się w opuszczonych altankach, a jak nikt nie widzi, to miałczą i srają. Uparły się, jakby gdzie indziej nie było szczurów i myszy.

Co najgorsze, mają na działkach i paru obrońców! Ale i na takich jest rada. Koty przez nich dokarmiane łatwo potruć. Albo skopać na śmierć. Albo zamówić gówniarzy z wiatrówkami, żeby sobie wieczorkiem postrzelali. Ale najlepsze wrażenie robią koty powieszone na drucie. Na ogrodzeniu działki takiego miłośnika zwierząt.

Ostatnio taka jedna zawiadomiła o tym straż miejską i policję. Policja zarządała dowodów: świadków i zdjęć. A straż miejska w ogóle nie przyjęła zawiadomienia. Nie wiedziała, dupa jedna, że komendant straży też ma działkę i jest w zarządzie. Poradził, aby bezczelnej kociarze odebrać prawa działkowca i zarekwirowac ogródek. Aż dziw, że nie wystraszyła się, a nawet zagroziła prokuratorem. Kurwa jedna! Ale tylko poczekaj!

Na razie więc, aby czasu nie tracić, można się zając psami. Aby tylko na smyczy i każdy w kagańcu. No, i żeby nie zaszczekał. Człowiek przecież ma prawo do spokojnego wypoczynku po pracy. To co, że ratlerek! Ogon mu nie odpadnie, jak w bloku poczeka na powrót panci.

Projekt nowelizacji regulaminu w tym kierunku już jest. Dla niepoznaki trzeba było coś jeszcze dopisać o uprawach. Aby, na przykład, kompostowniki obowiązkowo były zacienione. Najlepiej trzema, nowo posadzonymi drzewkami. Takimi, jakimi handluje żona komendanta. Wtedy obrońcom praw zwierząt ostatecznie wytrąci się argument, że tylko sadyści zasiadają we władzach.

O ile w ogóle zajdzie taka sytuacja. Bo raczej nie przez najbliższe miesiące, a może i lata. Przynajmniej do czasu, kiedy w gablotkach nie wyblakną zdjęcia i informacje. O tym, że sam premier Przenajświętszej wskazał te oto działki jako najlepsze w kraju. I – jako się rzekło – mogące świecić przykładem. Nam, Polakom.

Bo przecież to raczej niemożliwe, aby raptem znalazł się ktoś, kto by szybko, zdecydowanie i na stałe przeniósł nowo ustanowioną „stolicę” w inne rejony. Tam, gdzie toasty wypada wznosić nie tyle ”Stoliczną”, co raczej cydrem z polskich jabłek. Te polityczne i światopoglądowe również.

Czyli gdzie?

O autorze