Autor wpisu  Krzysztof Myjkowski   kategoria       Listopad 2, 2015  

Wdowa po zamordowanym jest zobowiązana zakupić  mu solidny nagrobek. Chciała nie chciała. Jak każda wdowa, co najmniej z pełnej kwoty ubezpieczenia. Nie może być brzydszy od innych.

O ile coś bardzo brzydkiego może być jeszcze bardziej brzydkie od czegoś niewątpliwie bardzo brzydkiego. Podobno polskie cmentarze z kosmosu wyglądają obecnie jak kamieniołomy. Kamlot przy identycznym kamlocie. Nie do odróżnienia nawet z lotu ptaka nielota. Zdjęcia archiwalne jeszcze sprzed ćwierćwiecza dowodzą, że to były kamieniołomy zadrzewione. Teraz gołoborze (Wikipedia: „rumowiska skalne. Gołoborze zbudowane jest wyłącznie z grubej frakcji, nie zawiera żwiru, piasku ani iłu”). Zgadza się: niemal wyłącznie granity, betony i lastriki.

Pazerność zarządców parafialnych nekropolii wskrzesiła ostatnio zawód piaskarza. Piasek jest oferowany rodzinom zmarłych. Aby nie tonęły po kostki w błocku nieutwardzonych alejek pomiędzy mogiłami . Niegdyś alejek. Teraz ścieżynek. Każdy centymetr wolnego miejsca, to przecież kasa. Po paru latach nawożenia piaskiem wąziutkich przejść, poziom cmentarnego gruntu zaczyna przewyższać cokoły grobów. Tonąć zaczynają pomniki.

Pomiędzy dniem Wszystkich Świętych a Zaduszkami z grobów ginie połowa kwietnych ozdób i co trzeci tylko trochę wypalony znicz. Szkło, nie wiedzieć czemu, już nie ma wzięcia. Przydaje się stearyna. Za rok kolejna kumulacja, a w międzyczasie liczne zejścia i jubileusze nieboszczyków.  To biznes, który też potrafi opłacać się komu potrzeba. Na amerykańskich filmach potrzeby mają gliniarze na edukację progenitury. W polskim realu bardziej zrozumiałe jest finansowanie  dowodów pamięci. W takiej formie, jak ich jedynie słuszni producenci. Minimalny wkład, maksymalny zysk.

Specjaliści od ścigania oszustów podatkowych mają swoje sposoby. Na przykład, jak ustalić roczny dochód rodziny na podstawie analizy tego, co wyrzucają do śmietnika. Specjaliści ci, na podstawie zdjęć z kosmosu i doświadczenia własnego, potrafią również dokładnie ustalić dochody zarządców parafialnych cmentarzy. Są porównywalne z dochodami producentów dopalaczy. Ponieważ jednak patronami większości polskich cmentarzy są funkcjonariusze siły przewodniej, wolą nawet nie próbować wykorzystywać tej wiedzy.

Wdowa nie zawsze zostaje wypruta z wszelkich aktywów własnych i zamordowanego męża. No, ale to nie w kraju nad Wisłą. U ludożerców, na przykład, morderca ma obowiązek pojąć za żonę wdowę po nielegalnie zjedzonym sąsiedzie i adoptować jego dzieci. To on musi dać im wikt i opierunek aż do usamodzielnienia, a nie oni jemu do końca życia. Znaczy: odsiadywania dożywocia.

Sądy nadwiślańskie często zadowalają się przeprosinami ofiar, wdów, sierot i skazanych na ubóstwo wskutek utraty głównego żywiciela. Rzadko zresztą szczerymi, częściej z wyrachowania. Takimi, jak w wydaniu księdza Gila – pedofila. We własnym interesie zaproponował dla siebie karę siedmiu lat pierdla, ale nikogo nie przeprosił, bo – jak stwierdził – jest niewinny.

W każdym normalnym kraju europejskim, ośmieszony w ten sposób sąd odebrałby Gilopodobnemu prawo do samo ubiczowania.  Zaleciłby dla niego profesjonalnego kata. Aby nikt nie mógł zarzucić, że przestępca może bezkarnie kpić nie tylko z prawa, ale i z ofiar. W Przenajświętszej sędzia musiał udawać, że tego nie rozumie. Rozumiał bowiem, że warunki osądzenia pedofila ustalono piętro wyżej. Zaraz potem publiczna tajemnicą stało się kiedy, na co i jak poważnie zachoruje ten zboczek, ażeby nie trafić do kilkuosobowej celi w państwowym zakładzie karnym.

Ta „odwrócona” moralność, jak to określał nieodżałowany ks. Józef Tischner, nie bierze się znikąd. Rodzi się i utrwala od lat. Między innymi poprzez polską oświatę. Nie, nie przez nieumiejętne nauczanie ekonomii, historii, etyki czy religii. Tischner tłumaczył to na przykładzie… szkolnictwa zawodowego. Umarło ono – powiadał – wraz z dniem, kiedy to nie uczeń z rodzicami musiał płacić mistrzowi za naukę zawodu, ale mistrz uczniowi za to, aby zechciał się uczyć.

Ten wniosek z nauczania Tischnera wciąż ma szerokie zastosowanie. Dotyczy choćby rozdawnictwa tak zwanych „pieniędzy z Unii Europejskiej”. Wiadomo, że na Pomorzu, o tym komu je przyznać, od paru lat decydują urzędnicy. Którzy sami piszą projekty  i wynagradzają się za to. To nawet połowa środków przeznaczonych na przygotowanie i zrealizowanie projektu. Minimum kilkadziesiąt tysięcy złotych na łebka w przypadku spisania mało skomplikowanego pomysłu.  Najczęściej – według regulaminu wymyślonego i zaakceptowanego przez  samych projektantów. Kogoś z boku zniechęca się ich co parodniową nowelizacją. A to setki stron.

Na realizatorów i beneficjentów urządza się polowania. To głownie oni odpowiadają potem finansowo, materialnie i dyscyplinarnie. Ale znajdują się , bo typuje się ich spośród najmocniej uzależnionych od urzędów. No, chyba, że też są urzędnikami. Wtedy dostają kasę po prostu na coś, co wydaje się im znane i proste. Jeżeli wymaga to jakiejś odpowiedzialności, staje się ona względna.

Kilka minionych lat, to festiwal urzędniczej twórczości (wojewódzkiej, powiatowej, gminnej, stowarzyszeniowej i podobnej). Urzędnicy zaczęli pisać, redagować i wydawać setki informatorów, przewodników, folderów promocyjnych, historycznych, krajoznawczych, etnograficznych i sam Bóg wie jakich jeszcze. Typu: „Drzewa pomorskie”, „Wstęga Kociewia”, „Przewodnik po kapliczkach żuławskich”, „Barwny dotyk gminy”, „Ruszaj nad Wierzycę”, „Uśmiech kwiatów kujawsko – pomorskich” i tak dalej, przynajmniej raz na tydzień.

Lud może to uzyskać w specjalnie produkowanych stojakach na terenie urzędów samorządowych i innych. Nieodpłatnie. To znika, ale trudno powiedzieć, czy dla przeczytania, czy raczej dla zrobienia miejsca kolejnym arcydziełom. Próbka: „Oto najpiękniejszy widok na >świecie< – mówią żartobliwie mieszkańcy, patrząc w dal ze swej góry. W zasięgu ich wzroku miasto, które błyszczy: ochronnym blaskiem pustelniczego domostwa, rozjaśnionym herbem, insygniami wielu władców dawnej Europy. Miasto, które przyciąga uwagę poświatą swej nazwy. Jego jasności nie przygasi nawet smolista toń jednej z płynących tu rzek. W spojeniu obu rzek, zaświadczeniem o bogatej przeszłości i nadzieją na niewzruszoną przyszłość jest krzyżacka  budowla, jaką tu można tu zwiedzać”.  Dla jajogłowych: to opis widoku na Świecie z sąsiedniego Chełmna.

Autor tej prozy, pan Wojciechowski, nie wydaje się jednak pewien skutków pobrania honorarium. W posłowiu asekuruje się bowiem, ale i wyraża nadzieję, że jeszcze nie raz skorzysta z wyrozumiałości unijnych recenzentów (jeśli tacy są). Pisze: „Twórcy i wydawca publikacji podjęli starania,  aby treść publikacji była poprawna, jednak szybko zmieniająca się rzeczywistość może sprawić, ze zamieszczone informacje mogą utracić aktualność. Twórcy nie biorą odpowiedzialności za skutki korzystania z tych danych”. To formułka kończąca wszystkie tego typu broszurki, opatrzone logo Programu Regionalnego Narodowa Strategia Spójności i Unii Europejskiej – Europejskiego Funduszu Rozwoju.

Dzięki projektantom pomorskim i panu Wojciechowskiemu da się zrozumieć powody, dla których ktoś wybrał na hymn Unii Europejskiej „Odę do radości”.

O autorze