Krystyna Pawłowicz…jako argument

Autor wpisu  Krzysztof Myjkowski   kategoria       Listopad 9, 2015  

Jakie podobieństwa występują pomiędzy byłym prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim a gwiazdą skrajnie prawicowej sceny politycznej Krystyną Pawłowicz? (No, może nie tyle skrajnie, co – w tym przypadku – specyficznie prawicowej).

Otóż ogromne!

Występują, jak się wydaje, nawet podobieństwa zewnętrzne. Pan Kwaśniewski, na przykład, wyraźną rzeźbę mięśniową ma?

Ma. Tylko malkontenci potrafią podejrzewać, że jego bicepsy, tricepsy, a zwłaszcza pulasy i kaloryferki mają charakter piwny. I czasowy. Czasem nie pije. Piwa.

Potrafi zachować się przy stole?

Potrafi. Powiadają, że nie mlaska nawet przy zakąszaniu. No, chyba, że akurat żona zostawi go na chwilę samego przy stole.

Myje i czesze się regularnie?

Myje. I czesze. Jeśli nawet nie trzy razy dziennie, to nazajutrz rano tego nie widać. No, chyba, że akurat na twardej podusi przygniótł sobie mokrą grzywkę.

A panna Pawłowicz?

Panna Pawłowicz też ma. Swoje olimpijskie kształty zawdzięcza, jak mówi, uprawianiu takich sportów jak biegi, rzut dyskiem i rzut oszczepem. To, że ukochała wyczyn tłumaczy jako powód braku u niej ukochanego i innego drobiazgu. A nawet serdeczniejszych przyjaciółek, bo (cytat): „wystarczy jej przychylność prezesa Jarosława”.

Jakoś to argumentuje?

Argumentuje. Cytat kolejny: „Bo w końcu facet zostaje facetem, a baba babą. Nie da się zmienić płci czy rasy. Nie da się uciąć, doszyć”.

Da się to w sumie zrozumieć?

Da. Na chłopski rozum jest otóż tak: Pannę Pawłowicz odpychało od mężczyzn, bo wolała się realizować w sportach szybkościowo – siłowych (męskich czyli?), a wyjątkiem pozostaje pan Jarosław, bo to i kawaler, i – o, Boże! – bez tych ohydnych cech męskich(?). Kto dotąd nie rozumiał, ten teraz pojmie, dlaczego święta Inkwizycja skazywała na stos już za samą próbę samodzielnej interpretacji słowa objawionego.

A przy stole mlaska?

Nie mlaska ona. Mlaska tylko w ławie poselskiej. A tamże nie psuje jej apetytu nawet regulamin zabraniający wnoszenia posiłków zarówno na salę obrad, jak do toalet (zapewne naczyń po posiłkach, które jednak panna Pawłowicz, zgodnie z regulaminem!, wyniosła – jak donosił SE.pl –  „tylko na korytarz”). Bo przeciwko wszelkim konwenansom panna P. była, jest i będzie z zasady.

Z zasady jest zatem także wbrew konwenansom nauki. Na przykład, nawet na wyborczych plakatach tytułuje się profesorem („Prof. Krystyna Pawłowicz – gospodarka musi służyć ludziom”), choć nigdy takim profesorem nie była. Bo tytuł profesorski przed nazwiskiem przysługuje tylko profesorom „belwederskim”, wyróżnionym przez głowę państwa, nie zbywalnym i dożywotnim.

Panna Pawłowicz załapała się na kwotowy etat profesorski, przysługujący tylko w okresie zatrudnienia, i tylko w ramach tego jednego pracodawcy. Zasadą jest, że w takiej roli też można się publicznie profesorować, ale dopiero po nazwisku. Na przykład: dr hab. Jan Kowalski, prof. KUL.   

No, ale kto jej coś zrobi? Ponownie naród wybrał ją do Sejmu. Mało komu przeszkadza jej męskie podejście do kobiecych ról. Ani wieczna ondulacja nie wymagająca częstego mycia głowy. Ani palce tylko z grubsza oblizywane z sałatki pobranej z sejmowego bufetu. Ani dorabianie sobie nieprzysługujących jej tytułów i godności.

Na trybunach więc nadal przypada jej miejsce zaraz po prawej ręce ukochanego wodzusia. (Oczywiście zaraz, choć i trochę, ale tylko trochę z tyłu). A to najlepszy dowód, że może liczyć także na kolejne przywileje. Co najmniej bardzo opłacalne funkcje w komisjach parlamentarnych i mediach publicznych. Już ona będzie wiedziała, jak tam wykorzystać tą swoją kondycję miotaczki oszczepem i sławę profesorską.

I w tymże, ktoś stwierdzi czy zapyta, Pawłowicz jest także podobna do Kwaśniewskiego?

Otóż jak najbardziej!

Z badań Instytutu Psychologii Stosowanej wynika, że Polacy od wielu lat akceptują argumenty siły. W całej cywilizowanej Europie, to środowiska marginalne. Obliczone na 3 – 4 procent całości, w dodatku całkowicie bierne politycznie i społecznie. W Polsce, to nawet 30 proc. społeczeństwa, w dodatku najbardziej zacietrzewionego politycznie i społecznie.

Czym jest ów „argument siły”? Jest podziwianym powszechnie faktem, że kłamstwo, oszustwo, kradzież, oszczerstwo, obłuda nie każdemu wychodzą bokiem. Że są tacy, którzy wcale nie skrywają swoich złych czynów, a mimo tego pozostają bezkarni i awansują. Inni stwierdzą, że właśnie dlatego. I tegoż im zazdrości prawie co trzeci Polak.

Prezes przymyka oko na czyny Krystyny wcale nie ze względu na braterstwo płci czy pogladów estetycznych. Przymyka, bo wie, że co trzeci wyborca w Polsce oczekuje na takie gesty i potrafi się mu odwdzięczyć (patrz i zrozum wyniki głosowań).

Pawłowicz jako argument sił była zatem, jest i będzie. Kwaśniewski pewnie też w tej samej roli pozostawał na dłużej. Bo kto z nowej, raczej świeckiej siły przewodniej zechce sobie przypomnieć swoją własną obietnicę wyborczą sprzed kilkunastu lat? Przecież w niepamięć odchodzą nawet już te sprzed zaledwie kilku tygodni.

Kaczyńscy w pojedynkę i z towarzystwem obiecywali rozliczenie prezydenta Kwaśniewskiego. W tym z kilkunastomilionowych, niewytłumaczalnie wysokich oszczędności, pochodzących z okresu jego urzędowania. Zapomnieli? Raczej uświadomili sobie, że oni też kiedyś będą musieli odejść? I coraz lepiej orientują się, że wyborcy mają i nie kryją się z nie gorsza od nich pamięcią. Wszak jeszcze przez kilkanaście lat po odejściu ze stanowiska, Aleksander Kwaśniewski cieszył się u co trzeciego Polaka opinią supermena. Gościa, który najwyraźniej się nakradł i co mu ktoś zrobi?

Jeszcze ktoś dziwi się, dlaczego pannie Pawłowicz, póki co, wciąż przybywa zwolenników?

O autorze