Dlaczego politycy nie wierzą w śmierć Jana Kulczyka ?

Autor wpisu  Joanna Nowaczyk   kategoria       Czerwiec 28, 2016  

PBC2_JPGO krążących plotkach, że zmarły 28 lipca 2015 r. w Wiedniu Jan Kulczyk, najbogatszy Polak (jego majątek szacowano na ponad 15 mld zł) żyje pierwsza napisała „Gazeta Wyborcza”, oczywiście dezawuując „spiskową teorię dziejów”.

Kolejnym publicznie wątpiącym w grudniu 2015 r. okazał się doradca prezydenta Andrzeja Dudy prof. Andrzej Zybertowicz, specjalista od tajnych służb. W radiowym wywiadzie stwierdził, że Jan Kulczyk „być może, żyje sobie gdzieś na Bali pod innym nazwiskiem.” W połowie maja wicepremier i minister nauki Jarosław Gowin w rozmowie z dziennikarzem TVP Info informację o śmierci Jana Kulczyka nazwał „oficjalną”. Dociskany zaś przez dziennikarza, aby wyjaśnił co ma na myśli wypalił: „Jak to się dzieje, że najbogatszy Polak jedzie na operację serca w zwykłym miejskim szpitalu w Wiedniu, a nie w jakiejś bardzo ekskluzywnej klinice, gdzie byłby otoczony wyjątkowo dobrą opieką?”. 6 czerwca zaś biznesmenka skonfliktowana z Kulczykiem Edyta Sieczkowska (robiła z nim interesy) zakłóciła program Polsatu „Państwo w Państwie” krzycząc, że „Mnie pan Kulczyk z Bali lub z piekła zastrasza!”.

Próbując weryfikować te informacje spotkaliśmy się z polskimi biznesmenami i funkcjonariuszami tajnych.

Żaden z nich nie był przekonany, że Jan Kulczyk na pewno nie żyje. A oficerowie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego potwierdzili nam iż są w posiadaniu dwóch notatek, opisujących rozmowy z informatorami, wskazujących, że Jan Kulczyk sfingował własną śmierć i żyje. Wbrew twierdzeniom naszych polityków mają to być kraje bliższe Europie niż Bali. W jednej notatce informator jako miejsce przybawania doktora ma wskazywać Cypr. Cała sprawa jest bardzo zagmatwana, a rodzina organizując błyskawiczny i pełen tajemnic pogrzeb, bynajmniej nie sprzyjała przecięciu spekulacji.

– Szef i syn nie zgadzali się w sprawie metod robienia interesów. Doktor, wiadomo jak działał. No tak trzeba przy tak dużym majątku. A młody by chciał, by wszystko było tak ładnie i oficjalnie nad stołem. Nie podobali mu się ludzie, którymi Doktor się otaczał i nie rozumiał, że musiał się nimi otaczać  – opowiada jeden z najbliższych doradców Kulczyka. Mimo tych różnic wiadomo było, że to Sebastian Kulczyk powinien po odejściu Jana przejąć interesy. To naturalne. Ale aż do niedawna nic w tym kierunku nie było robione. Chociaż oficjalnie od 2013 r. był szefem Kulczyk Investments firmy będącej wehikułem działalności ojca, to faktycznie nie podejmował decyzji strategicznych.

Aż do niecałych dwóch miesięcy przed śmiercią największego polskiego oligarchy. Wtedy dopiero zaczął mówić o Sebastianie oficjalnie i przy każdej możliwej okazji „To jest mój następca”. By zrozumieć ostatnie działania Jana Kulczyka musimy cofnąć się do początków tzw. Afery taśmowej. Pierwsze ujawnione przez tygodnik „Wprost” nagrania ukazywały rozmowy kilku z najważniejszych polityków ówczesnego układu rządzącego. Puszczono tam – w dwóch kolejnych publikacjach – cztery rozmowy. Ale już wtedy wiadomo było, że nagrań jest więcej. Pisano o tym, że nagrano Jana Kulczyka na szeregu rozmowach z wpływowymi politykami. Podejrzewano też, że są w rękach dziennikarzy i polityków nieprzychylnie patrzących na imperium Doktora. – Wiedzieliśmy, że Nowogrodzka (siedziba PiS – red.) ma dostęp  do ok. 300 nagrań. Kaczyński chciał z nich zrobić główny motyw kampanii, a najważniejsze do odpalenia były taśmy na których Doktor negocjuje sprawę Ciechu – mówi w rozmowie z nami związany z imperium Kulczyka były oficer Agencji Wywiadu. Faktycznie, jeszcze za życia oligarchy taśmy z rozmów Kulczyka z prezesem NIK Krzysztofem Kwiatkowskim, ówczesnym ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim i innym biznesmenem – Piotrem Wawrzynowiczem trafiły do dziennikarzy związanych z tygodnikiem „Do Rzeczy” i telewizją Republika. Według naszych informacji oba te media miały zamiar opublikować treść rozmów od razu po ich otrzymaniu. Zadziałali jednak prawnicy, przypominając dziennikarzom o wcześniejszych zakończonych ugodami procesach z Kulczykiem. Ryzyko procesowe oceniono jak zbyt wielkie i planowane publikacje wówczas się nie ukazały. Plotki zaczęły jednak krążyć po mieście. W powszechnej opinii, te taśmy zawierały bardzo mocny materiał. Taki, przy którym można by stawiać zarzuty korupcyjne.

Najlepiej z powagi sytuacji zdawał sobie sprawę sam Jan Kulczyk. Choć jego ludziom udało się przyblokować działania mediów, to wiedział, że to tylko chwilowy sukces. Współpracujący z nim ludzie służb jednoznacznie mówili, że  to właśnie on ma być negatywnym bohaterem nadchodzącej kampanii wyborczej. A po zwycięstwie PiS – co do którego już mało kto miał wątpliwości – miał się stać symbolem patologii prywatyzacyjnych III RP. To oznaczał pokazowe aresztowanie, zarzuty i przepadek sporej części majątku. Kulczyk wiedział, Że choć niezwykle silny i może podjąć walkę, to będzie ona długa i niezwykle kosztowna. Dobrze znał przypadek innego oligarchy, swojego dobrego znajomego Ryszarda Krauzego. Ten, choć ostatecznie nie spędził ani jednego dnia w więzieniu, musiał uciekać na pewien czas z kraju, a uspokojenie sytuacji kosztowało go tyle, że dziś jest niemal bankrutem. A przecież aparat państwa zabrał się za Krauzego na krótko przed przegranymi przez PiS wyborami. O ile gorszą sytuację miałby oligarcha, którego na celownik by wzięto tuż po wygranych? Nawet tak olbrzymi majątek mógłby nie wystarczyć, by móc myśleć o ocaleniu.

Jeżeli nawet jednak Kulczyk miał zamiar próbować szczęścia, to po kilku dniach przyszli do niego emisariusze z wiadomością, która pozbawiła go wszelkich złudzeń. Smutni panowie z Agencji Wywiadu przyszli z wizytą by wyjaśnić oligarsze swoje stanowisko w sprawie. Trzeba tu wiedzieć, że przez cały czas III RP miliarder obracał nie tylko swoim majątkiem. Był jedną z osób, którym powierzono zarządzanie niejawnym (tzw. czarnym) funduszem operacyjnym cywilnych służb specjalnych. Kilka słów wyjaśnienia. Każdy wywiad posiada oprócz jawnego, zapisanego w budżecie funduszu, pieniądze ulokowane w sektorze prywatnym. Faktycznie kontrolują spółki z różnych, zazwyczaj nie budzących emocji branż. To daje im nie tylko dostęp do pieniędzy, ale też świetne możliwości tworzenia fałszywych życiorysów dla swoich agentów. Oczywiście takimi spółkami i tymi funduszami musi ktoś zarządzać. Ten ktoś w zamian za swoje usługi otrzymuje potężne wsparcie aparatu państwa i faktyczny immunitet. To był jeden z sekretów potęgi Kulczyka. Także tłumaczący jego słynne spotkanie w Wiedniu z płk. Władimirem Ałganowem, z którego później powstała notatka AW. Ta notatka stała się powodem poróżnienia Kulczyka z ówczesnymi partnerami biznesowi, dla których było jasne kto jest jej autorem.

Więcej na WWW.bezc.pl i magazynie „Polska Bez Cenzury” – już w sprzedaży.  

O autorze  

Z wykształcenia politolog i dziennikarz. Pasjonatka życia. Aktywna, kreatywna, biorąca garściami z każdego dnia. Kocha dzieci, zwierzęta, badmintona, kajaki, góry, lasy, streching, podróże, morze itp....